Playlist

niedziela, 15 maja 2016

Rozdział 15

Gdy otworzyła oczy nie miała pojęcia gdzie jest. Otaczała ją tylko ciemność, żadnego dźwięku, światła, nic. Co prawda głowa już ją nie bolała, dzięki wampirzej regeneracji, ale czuła się jakoś dziwnie otumaniona, jak na ostrej imprezie, ale wcale nie było jej do śmiechu i przypuszczała, że jej stan nie jest efektem działania żadnego alkoholu.
Odpłynęła, nawet sama nie zdawała sobie sprawy kiedy. Dopiero po jakimś czasie obudził ją ból w ręce. Otworzyła oczy. Tym razem na odwrót w pomieszczeniu było bardzo jasno, przymknęła powieki. Siedziała na krześle, miała przywiązane liną nogi, w tym momencie ktoś kończył zawiązywać jej nadgarstki. Oczywiście lina była nasączona werbeną, dlatego tak cholernie piekło.
Gdy jej oczy zdążyły przyzwyczaić się do otaczającego ją światła rozejrzała się na tyle, na ile to było możliwe. Znajdowała się w białym pokoju, wszystkie ściany, sufit i podłoga były białe. Nie było okien, jedyne światło pochodziło z żarówek wystających z sufitu. W rogu sufitu przyczepiona była kamera, oczywiście biała ze świecącym na czerwono światełkiem, co było jedynym kolorowym elementem w pokoju. Było tylko jedno wyjście, normalnej wielkości drzwi (tak, białe!) bez klamki, zapewne na kartę magnetyczną.
Gdy skończyła rekonesans, a zaczęła obmyślać plan ucieczki usłyszała kobiecy głos za plecami. Jeśli się nie myliła był to ten sam, który nazwał ją morderczynią.
- Nawet się nie wysilaj. To na nic i tak stąd nie uciekniesz.
Obeszła krzesło i stanęła przed Caroline. Była wysoką ze szczupłym, ale z wyraźnie zarysowanymi mięśniami ciałem blondynką, której proste włosy sięgały aż do pasa. Można by uznać ją za ładną, ale na pierwszy rzut oka było widać, że bardziej odpowiednim określeniem byłoby twardzielka, czego dowodził zacięty wyraz twarzy i pewna siebie postawa. Caroline wyczuła też, że dziewczyna była człowiekiem, zapewne łowcą.
Wampirzyca oblizała suche wargi.
- Gdzie jestem?
- Jeszcze się nie domyślasz? – jej jedna brew powędrowała ku górze – Jesteś w Instytucie, a to miejsce, w którym obecnie się znajdujemy – wskazała palcem białą salę – jest pokojem przesłuchań. A ty, Caroline Forbes jesteś nam potrzebna.
- Niby do czego? – prychnęła. Pomimo iż się bała potrafiła się zdobyć na arogancję.
Dziewczyna przechyliła głowę i wpatrywała się w Caroline swoimi wielkimi, kocimi oczami mrugając powoli. Trzeba przyznać, że to było całkiem dziwne.
- Aby dostać się do rodziny Mikaelson’ów. Wiemy o twojej interakcji z hybrydą, wiemy i wykorzystamy tę wiedzę.
- Interakcji, serio? – to słowo wprawiało ją w śmiech, ale też próbowała grać na czas.
Blondynka przewróciła oczami.
- Niedługo nie będzie ci tak do śmiechu. Obserwujemy was od dawna, ciebie też. Wiemy, że poznaliście się w Mystic Falls, skąd pochodzisz i że tam też roi się od wampirów – zaśmiała się – Ale spokojnie, zrobimy z tym porządek. Wystarczy zlikwidować trójkę pierwotnych, a wtedy świat odetchnie, wolny od krwiopijców.
Coś zagotowało się we wnętrzu Caroline. Chciała dopaść dziewczynę i zetrzeć jej ten podły uśmieszek z twarzy, ale zamiast tego liny nasączone werbeną boleśnie wbijały się w jej ciało. Blondynka stanęła krok od dziewczyny, pochyliła się i zmierzyła wampirzycę wzrokiem. Oczy Caroline przybrały krwistą barwę, była wściekła. Z jej gardła wydał się ostrzegawczy pomruk.
- Nic mi nie możesz zrobić, krwiopijco. Jesteś morderczynią. I nic, żadna maska blond dziewczynki tego nie zakryje – wyszeptała jej do ucha i opuściła pokój.
Została sama w białym pokoju. Oddychała szybko i ciężko. To prawda, jest morderczynią. Zabiła tego niewinnego chłopaka, tylko dlatego, że chciała rozładować emocje, a Klaus ukrył to wszystko przed nią. Nie powiedział jej prawdy, tylko zatuszował zbrodnię. Jej serce krwawiło. Kiedy blondyna powiedziała, że przez nią chcą dotrzeć do Pierwotnego wpadła w szał. I pomimo, że zranił ją mocno, tak bardzo nie chciała żeby działa się mu krzywda. Bardziej bała się o jego życie, niż o swoje.
Spuściła wzrok na stopy, były bose. Pewnie zgubiła buty podczas biegu. Nawet nie zdawała sobie sprawy kiedy popłynęły łzy.
I właśnie teraz, w nagorszym momencie, kiedy kłamstwa wyszły na jaw i czekało ją przesłuchanie (zapewne z użyciem serum) zdała sobie sprawę z tego, że go kocha.
Tak, kocha Klausa Mikaelsona, okrutnego hybrydę, dla którego życie ludzkie nie ma żadnej wartości i który ją okłamał. Łzy zaczęły płynąć szybciej. Skapywały z brody na to co pozostało z jej niebieskiej sukienki.
Nagle ktoś wszedł do pomieszczenia, Caroline zaskoczona podniosła wzrok i napotkała równie zakłopotane brązowe oczy chłopaka. Zapewne też był łowcą, ale zupełnie innym niż tamta blondynka. Patrzył się na nią nie z odrazą, ale tak jakby zobaczył w niej coś więcej, niż bezwzględnego krwiopijce.
Był wysoki i dobrze zbudowany. Na głowie miał czuprynę ciemno-brązowych włosów. Ciemne brwi podkreślały głębie czekoladowych oczu. Można by powiedzieć, że był totalnym przeciwieństwem blondynki.
Zrobił krok do przodu i zamknął za sobą drzwi. Nadal wpatrywał się w Caroline zagubionym wzrokiem.
Po chwili ogarnął się i odchrząknął.
- Jestem Jack – dało się wyczuć francuski ankcent w jego słowach – Jack Hunter.
Hmm, Hunter – łowca. W sumie by pasowało.
- Caroline Forbes.
Trochę jej było wstyd za te łzy na policzkach, ale nie mogła nic zrobić bo miała skrępowane ręce.
- Wiem – dziewczyna pokiwała głową. No tak, przecież mogło się to wydawać oczywiste – Zapewne moja siostra wyjaśniła ci, czemu tu jesteś.
- Twoja siostra?!
To wydawało się niewiarygodne. Byli zupełnie różni, nawet usposobienie mieli inne.
Jack zaśmiał się i podrapał dłonią kark. Był taki swobodny, jakby byli przyjaciółmi. Ale to nie prawda, zamiast tego czekało ją zażycie serum. Wspaniale.
- No tak, Veronica to moja siostra. Wszyscy nam mówią, że jesteśmy zupełnie inni – nagle zupełnie poważnie przyjrzał się śladom po oparzeniach na nadgarstkach Caroline – Bardzo boli, prawda?
Dziewczyna nic nie powiedziała, tylko zacisnęła usta i wzięła głęboki oddech. W jego głosie pobrzmiewała jakby troska, co zupełnie zbiło wampirzyce z pantałyku.
- Przykro mi, że zostałaś tak potraktowana.
- Przykro ci? – pokręciła głową – Przecież do tego właśnie dążą łowcy. Chcecie zniszczyć wszystkie wampiry żeby świat był wolny od krwiopijców – powtórzyła słowa wypowiedziane wcześniej przez Veronicę.
- Hmm, chyba wiem czyj to tekst. Moja siostra ci tak nagadała, prawda?
Otworzyła tylko usta.
- Nic nie rozumiem. Czy to jest jakiś podział na złego i dobrego gliniarza żeby łatwiej wyciągnąć ode mnie informację? – zirytowała się.
Wzrok Jake pokierował się na kamerę. Chłopak na chwilę przymknął oczy i wymamrotał coś pod nosem. Czerwone światełko w kamerze zamigotało, a potem zgasło.
- Słuchaj – ton jego głosy był tym razem poważny – Nie jestem taki jak moja siostra. Nie dążę do unicestwienia wampirów. Owszem jest mnóstwo takich, dla których okazało by się to lepszą opcją, ale i tak nie popieram tego pomysłu. Caroline, to mnie wyznaczono do obserwowania ciebie. Wiem, że jesteś dobrą osobą i wiem też jak ogromne wyrzuty sumienia masz, po tym, jak zabiłaś tego chłopaka i że to było niezamierzone. Nie chcę zrobić ci krzywdy.
Była zszokowana tym co usłyszała, ale postanowiła działać.
- To pomóż mi stąd uciec.
Pokręcił głową.
- Nie mogę, Instytut jest bardzo dobrze chroniony.
- To co będzie dalej?
- Zabiorą cię na przesłuchanie.
- Czy oni… użyją na mnie serum prawdy?
Jack przełknął ślinę, jego czekoladowe oczy były śmiertelnie poważne.
- Prawdopodobnie tak.
- O, Boże…
Spuściła głowę w dół. Już nic się nie dało zrobić. Była stracona. Sam ten fakt nie zrobił na niej dużego wrażenia, bardziej bała się o życie Klausa, tego cholernego kłamcy, którego tak mocno kochała.
- Może lepiej jeśli sama im powiesz to, co chcą wiedzieć.
Gwałtownie poderwała głowę.
- Nigdy w życiu nie zdradzę Klausa!
Chłopak spojrzał się na swoje dłonie i uśmiechnął się smutno.
- Więc to prawda, kochasz go.
- Twoja siostra nazwała to interakcją.
Zaśmiał się krótko. Dziewczyna usłyszała kroki niedaleko drzwi.
- Ktoś nadchodzi.
Jack rzucił szybkie spojrzenie na drzwi.
- Zawiadomię Klausa.
Pokiwała głową.
- Jack, dziękuję ci, naprawdę dziękuję.
- Wiem jak to jest stracić kogoś, kogo się kocha – znowu ten smutny uśmiech – I nie życzę tego nikomu.
Po chwili otworzyli drzwi i do środka wparowała Veronica w towarzystwie dwóch mięśniaków ubranych na czarno.
- Przyznaj się. Gdzie ukrywa się Klaus Mikaelson?!
Jack odgrywał rolę tego złego. Caroline spuściła głowę i zacisnęła usta, nie wydając żadnego dźwięku.
- Co tu się dzieje? – blondyna zmierzyła wzrokiem ich oboje.
- Próbuję coś od niej wyciągnąć, ale milczy jak zaklęta.
Veronica podeszła do niego i położyła mu dłoń na ramieniu.
- Spokojnie, Jack. My się tym zajmiemy.

I z dzikim uśmiechem na twarzy wydała rozkaz swoim osiłkom. Jeden z nich podszedł do wampirzycy i wstrzyknął jej coś w szyję. Jej powieki momentalnie opadły i odpłynęła.

******************************************************
Proszę was kochani o dużo komentarzy bo dają kopa jak nic innego ;) Mam nadzieję, że rozdział się spodobał!
Wasza Horney <3

wtorek, 3 maja 2016

Rozdział 14

Lista rzeczy do zrobienia (zanim umrę):
5). Zbudować związek oparty na zaufaniu. Nigdy więcej kłamstw.

Punkt piąty swojej listy Caroline napisały kiedy jej ojciec odszedł od jej mamy do faceta. Okłamał ją, pomimo iż był gejem ukrywał to przed swoją rodziną. W tamtym czasie 12-letnia Caroline bardzo to przeżyła, dlatego postanowiła sobie, że w przyszłości będzie z kimś w stu procentach szczera i otrzyma to samo w zamian.
Teraz już dorosła Caroline, wampirzyca siedziała naprzeciwko swojego mężczyzny w pozornie małej i zacisznej restauracji Le Polidor. Popijali wino, opowiadał jej historie ze swojego życia i nie tylko. Podobno wnętrze restauracji od ponad 100 lat nie zmieniło swojego wystroju, przychodzili tu najwięksi artyści, ale to była akurat prawda. W samym kącie siedział Leonardo DiCaprio z jakąś atrakcyjną blondynką, z innej strony Woody Allen. Restauracja trzymała poziom, skoro przychodziły tu gwiazdy, tej nocy Caroline sama czuła się jak jedna z nich. Może przez piękną kreację, może przez gorące spojrzenia Pierwotnego, które posyłał jej z przeciwnej strony stolika.
Skoro kolacja była już zjedzona, a wino dopite wybrali się na spacer.
- Gdzie idziemy? – dziewczyna zapytała swojego towarzysza.
- W specjalne miejsce. Zobaczysz, ale jestem pewien, że ci się spodoba.
Chwycił jej drobną dłoń w swoją i pocałował jej wierzch, co spowodowało chwilowe zatrzymanie serca dziewczyny.
- Skąd wiesz, że mi się spodoba? Być może wcale tak się nie stanie. Może ucieknę stamtąd tam gdzie pieprz rośnie i zostawię cię samego.
Przyciągnął ją do siebie i zamknął w niedźwiedzim uścisku, co wywołało u niej chichot.
- Ani mi się waż! Caroline – spojrzał się poważnie w jej oczy – Nigdy nie pozwolę ci odejść.
Coś ścisnęło serce dziewczyny, po czym zaczęło bić dwa razy mocniej. Zarzuciła ręce na szyję Klausa i obdarzyła jego usta namiętnym pocałunkiem.
- Spokojnie, nigdzie się nie wybieram – zapewniła go i dała mu słodkiego całusa w policzek.
Widząc radość malującą się na twarzy swojego wybranka poczuła ciepło w sercu. Wszyscy dookoła mieli go za bestię bez uczuć, ale ona znała prawdę. Grał takiego przed publiką specjalnie żeby wywołać strach. Działało, ale nie na niej. Kochał swoje rodzeństwo, walczył by dla nich do ostatniej kropli krwi płynącej w jego żyłach. Dla Caroline przyjechał do Europy, odnalazł ją, uratował z opresji, pokochał…
Wampirzyca jeszcze nie zdawała sobie sprawy, że darzy Pierwotnego miłością i że jest ona równie mocno odwzajemniona.
Szli dalej, objęci aż do metalowej, wysokiej bramy. Klaus zatrzymał się i zwrócił się do blondynki, mówiąc:
- Teraz muszę ci zasłonić oczy.
Pokręciła z niedowierzania głową i zaczęła się śmiać.
- Zwariowałeś? Jestem wampirem, mam też w zanadrzu świetny słuch, nie wyprowadzisz mnie na manowce.
- Spokojnie kochana, nie zamierzam.
Zdjął apaszkę z jej szyi i delikatnie muskając palcami szyję, zawiązał z tyłu głowy, ale tak żeby nie mogła nic zobaczyć. Jedną ręką objął ją w talii, drugą trzymał za dłoń i prowadził ją w ciemność.
Szli przez chwilę w ciszy, po czym usłyszała przy swoim uchu chrapliwy głos mężczyzny.
- Uwaga, stopień.
Nawet nie zdążyła podnieść nogi, aby go przejść, Klaus podniósł ją i przeniósł tak żeby nie musiała tego robić. To było trochę niespodziewane, ale i tak całkiem przyjemne.
Poprowadził ją jeszcze przez chwilę i kazał jej się zatrzymać. Złapał ją za obie dłonie i położył na czymś szorstkim.
Drewno, tak, drewniana poręcz – pomyślała dziewczyna.
- I teraz chwila prawdy – wyszeptał.
Ale zamiast zdjąć chustę z jej szyi, ujął ją za brodę i delikatnie pocałował. Dopiero potem zdjął przepaskę.
Wzięła głęboki oddech. Jedynym stwierdzeniem, które przeszło jej przez głowę, było niesamowite.
Znajdowali się na drewnianym moście, rozpościerał się przed nimi piękny widok ogrodu dyskretnie oświetlanego białym światłem lamp. Sam ogród był kaskadą kolorów pięknie kwitnących kwiatów, był ich cały ogrom, narcyzy, irysy, tulipany, frezje wszystkie w innych kolorach.
Przez chwilę miała wrażenie, że zna to miejsce, wtedy usłyszała głos mężczyzny, tuż przy swoim uchu.
- Jak ci się podoba?
Odwróciła się w jego stronę, szukając słów odpowiednich by opisać to, co przed chwilą zobaczyła.
- Jest magiczny. Klaus, to najpiękniejsze miejsce jakie widziałam.
- To ogród Claud’a Monet’a. Wielokrotnie go malował.
- Wiedziałam, że skądś znam to miejsce! Monet, magiczny ogród w Giverny! Jezu, jest taki piękny, nigdy nie przypuszczałam, że uda mi się zobaczyć coś takiego na żywo.
Ten widok był pokarmem dla jej duszy. Chociaż sama nie potrafiła malować, to i tak uwielbiała sztukę, a napawanie się na żywo widokiem, który uwiecznił sam Monet było wyjątkowym doświadczeniem.
 Klaus objął ją i przytulił policzek do jej głowy, przy okazji składając pocałunek na jej czubku.
Ta chwila była taka piękna. Tylko on i ona, podziwiający razem tajemniczy ogród.
- To chyba jednak nie uciekniesz – zaśmiał się w jej włosy.
- Ani mi się śni.
Po magicznych chwilach spędzonych na moście udali się w stronę samochodu z zamiarem powrotu do domu.
Mijali jedną z ulicznych latarni. Niby nic niezwykłego, jednak znajdowało się na niej ogłoszenie o zaginięciu, razem z dołączonym zdjęciem i to właśnie przykuło uwagę wampirzycy. Szybko podeszła do latarni i zerwała kartkę.
Na zdjęciu widniał uśmiechnięty od ucha do ucha 25- latek, o ciemnych oczach i włosach.
Pod zdjęciem widniał napis:
Josh Franklin
ZAGINIONY
Ostatni raz widziany w klubie Deasire, dnia 27 lipca. Wyszedł i nie wrócił.
Proszę, jeśli masz jakiekolwiek informację, zadzwoń pod numer podany na dole. W domu czekają na niego rodzice i młodsza siostra.

Zakryła usta dłonią.
- Klaus, Klaus! – wołała go, choć stał tuż obok niej, z emocji zaczęły trząść się jej ręce, a głos łamać – Klaus, co się tam stało?
- Caroline, ja…
- Klaus, co się tam do cholery stało, kiedy mnie znalazłeś?!
Widząc jego łamiące spojrzenie, już wiedziała.
- O, Boże, ja go zabiłam! – złapała się za głowę – Zabiłam go! Jestem mordercą!
- Caroline, spokojnie – chcąc ją uspokoić dotknął jej ręki, ale odskoczyła jak oparzona.
- Zostaw mnie! – już płakała – Jak mogłeś mnie okłamać! Powiedziałeś, że on żyje, że nic mu nie jest! Kłamałeś, przez ten cały czas kłamałeś!
- Przepraszam, zrobiłem to dla twojego dobra. Nie chciałem żebyś…
- Co, cierpiała? – przerwała mu – To nie ja tu cierpię, jego rodzice, siostra… To oni teraz cierpią, Klaus!
Zaczęła się cofać, kiedy on zbliżał się do niej.
- Zostaw mnie! Kłamałeś, a ja jestem morderczynią!
Zerwała się do biegu, biegła na oślep. Wiedziała, że Pierwotny pobiegnie zaraz za nią, skręciła parę razy, w nieznane sobie uliczki, aż w końcu natrafiła na ślepy zaułek.

- Jesteś morderczynią – usłyszała cichy głos, dochodzący gdzieś za jej pleców. Szukając jego źródła obróciła się i w tej samej chwili tego pożałowała. Dostała w głowę czymś mocnym, a ostatnim co miała przed oczami były jasne gwiazdy na czarnym niebie.

***************************************************
Hej! 
I jak wam się podoba to, co się dzieje? Znowu wróciłam do Listy rzeczy do zrobienia, bo troszkę mi się o tym zapomniało, no ale nic. Macie jakieś sugestie? Piszcie komentarze, co wam się podoba, a co niekoniecznie bo umieram z ciekawości.
Wasza Horney Morket

sobota, 30 kwietnia 2016

Rozdział 13

Hej!
Chciałabym zadedykować ten rozdział mojej fance (jeśli mogę to tak określić :P) Paulinie Kornackiej. 
Dziękuję ci, że czytasz moją powieść, twoje komentarze zagrzewają mnie do pisania kolejnych rozdziałów. <3 

Buziaki, Horney Morket



Po tej dziwnej, a zarazem przerażającej wróżbie Caroline natychmiast uciekła do samochodu, do Klausa. Nie umknęło jego uwadze jej dziwne zachowanie i oczywiście zaczął ją wypytywać co się stało, ale zbyła go zwyczajnie tłumacząc, że chce być już w domu.
Kiedy dojechali już do posiadłości, humor dziewczyny nie poprawił się ani trochę. Cały czas w głowie huczały jej słowa czarownicy. Pierwotny był coraz bardziej zaniepokojony. Chcąc poprawić jej nastrój, oznajmił:
- Dosyć tego. Zabieram cię na kolacje!
Uśmiechnął się do niej szczerze, przez co i jej udzielił się jego optymizm, jeśli można to tak nazwać. Podszedł do niej i złapał ją za ramiona.
- Nie wiem co się tam takiego stało, że jesteś taka przybita. Jeśli nie chcesz mi mówić, to rozumiem. Powiesz kiedy będziesz gotowa. Tymczasem – przejechał palcem po jej policzku – zabieram cię do restauracji.
- A łowcy? Czy oni tylko nie czekają na taki moment? – to wydawało się logiczne, że będą tylko czekać na coś takiego.
Westchnął.
- Kochanie, przecież nie zaatakują nas w lokalu pełnym ludzi – spojrzał jej głęboko w oczy – Nawet gdyby spróbowali, to ja zawsze cię obronię.
Coś ścisnęło ją za serce. Po jej policzku spłynęła samotna łza. Rzuciła się Klausowi na szyję, wtulając się niego mocno i wdychając zapach jego perfum.  Kiedy wreszcie go puściła żeby mógł złapać oddech (bo uduszenie go nie było jej zamiarem) posłała mu szczery uśmiech. Już się nie bała, nie kiedy miała go przy sobie. Świadomość, że jest ktoś, na kogo zawsze może liczyć dodała jej dużo otuchy.
- A teraz idź się szykuj.
- Jak mam się szykować, skoro wszystkie moje rzeczy zostały w apartamencie?
Widząc uśmieszek malujący się na twarzy Pierwotnego już wiedziała, że coś się szykuje.
- Klaus…
- Wszystkie twoje rzeczy są tutaj – widząc jej złowrogie spojrzenie zaczął się tłumaczyć – Pomyślałem, że tak będzie lepiej. Kiedy będę cię miał obok siebie to nic ci się nie stanie – na koniec uśmiechnął się do niej przekonywującą, ale nie podziałało.
Pokiwała głową skonsternowana. Jak on mógł?! Bez jej zgody! No okej, chciał ją chronić, ale nie może tak postępować i to jeszcze bez uprzedzenia. Jeszcze da mu nauczkę!
- Ach tak. Niklausie Mikaelson widzę, że twoja samolubność doprowadziła cię aż do tego stopnia, że postanowiłeś BEZ MOJEJ WIEDZY spakować wszystkie moje rzeczy i przenieść je tutaj pod pretekstem „ochrony”, kryjącej się za znaczeniem słów „bo tak będzie lepiej”.
Ofuknęła go i dumnym krokiem pomaszerowała schodami na piętro. Weszła do jakiegoś pokoju w poszukiwaniu swoich rzeczy. Okazało się, że dobrze trafiła, pokój był „jej”.
Co tu dużo mówić, pokój był przeuroczy. Drewniane skosy dodawały akcentu, ściany miały kolor przełamanej bieli. Okna zasłaniały beżowe zasłony, w rogu pokoju stał wygodny fotel z białym obiciem, a obok niego podnóżek. W samym centrum pokoju stało duże, można by rzec królewskie łoże z baldachimem, wręcz zapraszało by się na nie rzucić i zapaść się w miękkość śnieżnobiałej pościeli. Obok łóżka stała drewniana szafka nocna, a na niej lampka.
W chwili gdy stanęła w progu pokoju nie mogła uwierzyć. Był tak piękny i przytulny, aż miała ochotę tam zamieszkać. Złość na Klausa trochę jej już minęła, biorąc pod uwagę, jak wyglądała sypialnia.
- I jak ci się podoba? – usłyszała chrapliwy głos przy swoim uchu, Pierwotny stał za nią i jedną ręką obejmował ją w talii.
Pokręciła głową, tak trudno w tej chwili było dobrać jej słowa.
- Klaus, jest… piękny.
- Wiedziałem, że ci się spodoba – zaczął całować ją po szyi, schodząc coraz niżej do obojczyka.
- Ale to nie znaczy, że nie jestem na ciebie zła! – obróciła się w jego stronę żeby móc spojrzeć mu w oczy.
- Wiem, przepraszam, powinienem był się zapytać wcześniej – spojrzała na niego podejrzliwie.
- Czyżby Klaus Mikaelson przepraszał? Nie wierzę! – teatralnie zakryła usta dłonią, co wywołało jego chichot.
Objął ją i zaczął prowadzić w stronę łóżka.
- Czy to znaczy, że mi wybaczasz? - rzucił ją na łóżko.
- No nie wiem, no nie wiem. Muszę się zastanowić.
Zaczął namiętnie całować jej usta, nie dając im już nic więcej powiedzieć. Jego usta powędrowały na szyję, obsypując ją drobnymi pocałunkami zostawiał na niej swoje słodkie ślady. Kiedy jego ręce powędrowały pod jej koszulkę, oczekując czegoś więcej, dziewczyna przerwała te zamiary ze śmiechem odnajmując:
- Ale przecież mieliśmy iść na kolację!
Klaus posłał jej spojrzenie drapieżnika, co jeszcze bardziej ją rozśmieszyło. Wreszcie oderwał swoje łapczywe usta od jej szyi i spojrzał w jej oczy, jemu również udzielił się jej humor i sam zaniósł się śmiechem.
- Caroline, jesteś niemożliwa.
To było takie normalne. Nie martwiąc się niczym, zanosząc się gromkim śmiechem, leżeli sobie na łóżku we dwoje.
- To jak, dokąd mnie tym razem zabierasz, panie Mikaelson?
Lewy kącik jego ust powędrował do góry.
- To będzie niespodzianka – dał jej szybkiego buziaka i wyszedł z pokoju, zostawiając Caroline samą na łóżku i echo śmiechu ciągnące się za nim, aż po jego sypialnie.
Wampirzyca jeszcze przez chwilę leżała na łóżku. Było tak wygodne, że nie chciało się z niego schodzić! Potem poszła do łazienki (swojej własnej!) wziąć kąpiel. Łazienka była urządzona w podobnym stylu co sypialnia, dominowały odcienie bieli i beżu.
Po relaksującej kąpieli przyszedł czas na wybranie kreacji. Zdecydowała się na zwiewną, niebieską sukienkę sięgającą do połowy uda, odciętą w talii czarnym pasem i czarne szpilki. Do tego wzięła marynarkę, bo powoli zaczynało się robić chłodno na dworze. Zakręciła loki i zrobiła lekki makijaż. Była gotowa. Wyszła z pokoju, usłyszała głosy z kuchni, więc kierując się nimi zeszła na dół.
Przy barku stał nonszalancko oparty Klaus, ubrany w idealnie skrojony, czarny garnitur. Ciemna koszula miała rozpiętych kilka pierwszych guzików, co dodawało mu więcej swobody. Rozmawiał z Elijahem, ale kiedy tylko dostrzegł Caroline schodzącą po schodach jego twarz przybrała nieodgadniony wyraz, a oczy świeciły jak gwiazdy, wyrażając zachwyt.
Pomimo iż stała na ostatnim stopniu schodów, to i tak nie dorównywała mu wzrostem.
- Caroline… - wymruczał i podał jej ramię.

- Klaus… - chwyciła jego ramię i ruszyli w stronę samochodu.

środa, 27 kwietnia 2016

Rodzdział 12

Zaskakujące, jak wiele może się zmienić w tak krótkim odstępie czasu.
Dopiero Caroline była zwykłą licealistką, której jedynym problemem był wybór sukni na bal. Potem stała się wampirem pijącym krew, ale to był tylko wierzchołek góry lodowej dziwnych zdarzeń. Następnie poznała Pierwotnego, który wywrócił jej  życie do góry nogami, sto razy bardziej niż sam fakt stania się wampirem. I chociaż ich znajomość chwilami wydawała się absurdem, to im dłużej ciągnęło się to szaleństwo, tym bardziej wciągało Caroline do siebie i nie chciało uwolnić ze swojej pajęczej sieci. W dwóch słowach, zakochiwała się i to z dnia na dzień co raz mocniej w człowieku, a raczej hybrydzie, do której nie powinna nic czuć. Wszyscy bali się i unikali go jak ognia, ale to właśnie ten ogień ciągnął ją do niego najmocniej.
Ale nawet w bajce nie dzieją się same przyjemne rzeczy.
Mieli kłopoty. Groziło im wielkie niebezpieczeństwo ze strony łowców Alavler. I chociaż zagrożenie nie dotyczyło bezpośrednio Caroline, a rodziny Pierwotnych to nie wyobrażała sobie zostawić ich z tym samych, tak się nie robi. Musiała im pomóc, w końcu miała o kogo walczyć.
Znajdowali się teraz w salonie Rachel, obmyślając skuteczny plan,  jak wciągnąć czarownice do kręgu łowców i zdobyć potrzebne informacje. Chociaż Crow nie paliła się by tam pójść, to została zmuszona ze względu na powagę sytuacji.
- Przecież od tak tam nie wejdę! – wykrzyczała Rachel.
- Ktoś musi, a tak się składa, że tym kimś jesteś ty – Rebekah wbiła podłe spojrzenie w wiedźmę.
- Ale ja nawet nie wiem co oni o mnie myślą. A jeśli uznają mnie za zdrajcę? Albo znowu podadzą mi serum... – w tym miejscu warga dziewczyny zaczęła lekko zadrżeć, próbowała to opanować i napiła się herbaty.
Caroline widziała, że Klaus bił się z myślami. Nie chciał narażać Rachel, ale musiał bo na szali stało również życie jego i jego rodzeństwa.
Wampirzyca wpadła na pomysł.
- A gdybyś znowu została ich wtyczką?
Wszystkie spojrzenia skierowały się w stronę dziewczyny.
- Jak to? To chyba niemożliwe. Serum...
Caroline nie dała czarownicy dokończyć.
- Jeśli dobrze rozumiem. Serum działa w ten sposób, że ktoś może wejść do twojego umysłu szukając prawdy.
- I wykryć kłamstwo. Caroline, moja droga my już to wiemy – Rebekah przewróciła oczami.
- Cicho. Daj jej dokończyć – zganił ją Klaus.
- A jeśli Rachel w głowie będzie miała jedną wersje zdarzeń, która w jej przekonaniu będzie prawdą to łowcy jej uwierzą.
- Więc sugerujesz, że mamy użyć uroku na Rachel i przekona łowców – Elijah podrapał się po brodzie w zamyśleniu – Całkiem dobry pomysł, ale nawet jeśli by wypalił to nie odstępowali by jej na krok, przecież nie ryzykowaliby kolejnego niepowodzenia. Więc jak mielibyśmy śledzić jej poczynania?
Caroline pogrążyła się w rozmyślaniach, z czego wyrwał ją głos Klausa.
- Potrzebna nam czarownica, kolejna. Może mogłaby stworzyć coś w rodzaju komunikatora między nami a Rachel?
Dziewczyna pokiwała głową.
- No dobrze, ale czemu ja nie mogłabym tego zrobić? Przecież też jestem czarownicą i tak się składa, że nie najgorszą.
Uśmiechnęła się zawadiacko, na co Rebekah, która nie pała miłością do Crow przewróciła oczami mrucząc coś  pod nosem.
- Nie zapominajmy o tym, że łowcy to też czarodzieje. Potrafią wyczuć jeśli używałaś magii, a jeśli zrobi to ktoś inny to może łatwiej będzie to ukryć.
- Rachel, czy znasz jakąś inną, zaufaną czarownice? Nie możemy powierzyć tej sprawy byle komu.
Brunetka chwilę zastanowiła się, po czym wstała ze swojego fotela i udała się do pokoju obok.
Caroline wymieniła z Klausem porozumiewawcze spojrzenia. Obydwoje mieli spore obawy. I chociaż Pierwotny próbował to ukryć, to i tak wiedziała, że się boi. Uścisnęła lekko jego dłoń, odwzajemnił uścisk, uśmiechając się odrobinę.
Tę słodką chwilę czułości przerwała im Rachel wparowując do salonu ze skórzanym notesem w ręku.
- Myślę, że znalazłam kogoś odpowiedniego. To moja przyjaciółka, jest dla mnie prawie jak siostra. Muszę tylko wysłać jej wiadomość.
- Dobrze. Daj nam znać, jak się z nią porozumiesz. Tymczasem muszę już iść, mam coś do załatwienia.
Elijah wstał.
- Pojadę z tobą, też coś mam do roboty – Rebekah również wstała - Widzimy się w domu – zwróciła się do pary siedzącej na sofie i razem z bratem wyszła.
Humor czarownicy od razu zmienił się po wyjściu pierwotnej blondynki, odetchnęła, wyprostowała się i posłała nieśmiały uśmiech w stronę pary, a raczej tylko w stronę Klausa.
- Mam nadzieję, że wpadniecie do mnie na urodziny. Zaproszę też Lisę, będziecie mieli okazję ją poznać.
- Twoją przyjaciółkę? – odezwał się Pierwotny.
- Tak – pokiwała głową – Urządzę największy bal, jaki widziało to miasto! I myślę, że nawet uda mi się przebić te, które ty niegdyś wyprawiałeś, Nik.
Jej wesołość była zaskakującą odmianą od tego jak zachowywała się zaledwie chwilę wcześniej. Caroline jej nie ufała, ale jeśli miała im pomóc, to w pewnym stopniu musiała to zrobić.
- No nie wiem, zobaczymy – odparł Klaus, widocznie nie miał ochoty na gatkę-szmatkę – Jesteś pewna co do tej swojej przyjaciółki? Można jej zaufać?
- Myślę, że tak. Zawsze jej ufałam, tak jak ona mi – znowu przybrała monotonny głos, tracąc swoją wcześniejszą wesołość  – Jest naprawdę dobrą czarownicą, może nawet lepszą ode mnie.
- Skoro tak, to mamy pewność, że możemy polegać na jej umiejętnościach – Będziemy się już zbierać.
Wstał i podał dłoń Caroline, którą dziewczyna ujęła delikatnie i wstała z sofy.
- Dobrze, w takim razie odprowadzę was.
Korytarz był dość wąski jak na taką rezydencję, więc Klaus zmuszony był puścić rękę dziewczyny.
Gdy byli już w połowie korytarza blondynka przypomniała sobie o torebce, którą zostawiła na sofie i wróciła po nią. Rachel poszła za nią, a Klaus udał się już do samochodu.
Wzięła torbę z kanapy i już miała zamiar wychodzić, kiedy Rachel niespodziewanie złapała ją za rękę. Na krótki moment jej oczy zasnuły się mgłą, co było bardzo niepokojące, ale trwało tylko kilka sekund.
Spojrzała się na wampirzyce szeroko otwartymi oczami.
- Nastanie dzień kiedy własna siła cię przerośnie, a ktoś kogo kochasz najmocniej wpadnie w pułapkę bez wyjścia. Ta miłość zmieni was oboje, nie na dobre. Bój się, wampirzyco bo kiedy zegar wybije godzinę śmierci nie będziesz jedyną cierpiącą.

Po czym puściła jej rękę i przerażona wpatrywała się w swoje dłonie. Caroline wybiegła z pokoju, pozostawiając tam echo mrocznej przepowiedni.



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

I tak oto jest rozdział 12 po długiej przerwie. Mam nadzieję, że jeszcze ktoś odwiedza tego bloga, jeśli tak zostawcie komentarze, a będę miała motywację do napisania kolejnego!

Wasza Horney Morket

środa, 30 marca 2016

LBA 3!

Zostałam nominowana przez Arię, na jej blogu (http://aftersundownafter.blogspot.com/). Dzięki wielkie! Ale przejdźmy do rzeczy!

Pytanie 1
Jaka jest twoja historia z książkami? Jak zaczęła się?

Nie pamiętam dokładnie, ale było bardzo wcześnie. Od kiedy pamiętam mama czytała mi bajki na dobranoc. Chyba tak to się zaczęło.

Pytanie 2
Ulubiona książka :) * Dlaczego akurat ona? * ulubiona z niej postać * piosenka która pasuje ci do niej * czy płakałaś na niej?

Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. Uwielbiam wiele książek, ale wybrać pośród nich jedną ulubioną, to tak jakby matka miała wybrać, które dziecko kocha najbardziej ;)

Pytanie 3
Ulubiona piosenka :) * Ulubiona zwrotka, i dlaczego akurat ona? * dlaczego akurat ta piosenka jest twoją ulubioną? * czy lubisz inne piosenki tego zespołu/piosenkarza/piosenkarki?




And I don't want the world to see me'Cause I don't think that they'd understandWhen everything's made to be brokenI just want you to know who I am
"I nie chcę, żeby świat mnie widziałBo nie sądzę, żeby zro­zu­mieliGdy wszystko jest skazane na zniszczenie
Chcę tylko, żebyś wie­dział, kim jestem"




Myślę, że mogę nazwać ją ulubioną, dlatego że bardzo utożsamiam się z jej tekstem, jak i z tą zwrotką. Ta piosenka "rusza" moje wnętrze i wprowadza zamęt do serca, cóż chyba o to chodziło. Szczerze mówiąc, to jedyna piosenka tego zespołu, której słucham.


Pytanie 4
Jaka jest twoja ulubiona bajka Disney'a? Podaj ulubioną starszą i ulubioną nowszą.

Bo to jedna! Chyba najbardziej lubię Arielkę małą syrenkę i Śpiącą Królewnę, a z nowszej wersji to Zaplątani.

Pytanie 5
Zło czy dobro?                                                                              
 50/50 równowaga jest najlepsza
Biały czy czarny?                                                                          
Czarny!
Różowy czy niebieski?                                                                  
Niebieski!
Telefon czy tablet?                                                                          
Telefon
Czytanie czy pisanie?                                                                      
Kocham obie rzeczy.
Wolisz spędzać czas w domu czy na zewnątrz?                              
50/50
Serial czy film?                                                                                
Serial
Film czy książką?                                                                            
Książka!
Książka czy serial?                                                                          
50/50

Pytanie 6
Ulubiona postać fantastyczna?

Klaus Mikaelson <3 Kocham <3

Pytanie 7
Ulubiona książkowa postać? *dlaczego? *która postać jest u ciebie na drugim miejscu?

Było już takie pytanie, chyba w pierwszym LBA. Także odsyłam!

Pytanie 8
Ulubiona seria?

Harry Potter, Rywalki, Szeptem, Igrzyska Śmierci itd.

Pytanie 9
Co cię skłoniło do założenia bloga?

Impuls!

Pytanie 10
O czym było twoje pierwsze opowiadanie, i o czym była twoje pierwsze ulubione opowiadanie (które sama napisałaś)

Jakaś historia o księżniczce, która jeździła na świni, ale nie pamiętam. Ach, ta dziecięca wyobraźnia!

Pytanie 11
* Marzenie * kim chcesz zostać w przyszłości?

Pisarką! :)




Kochani, nie będę na razie robiła żadnych nominacji. Pożyjemy, zobaczymy! ;)
Wasza Horney Morket


piątek, 25 marca 2016

Klaus

Można by rzec, że wybaczanie jest sztuką. Lecz nie tą, którą zwykle zajmował się Klaus. Kiedy ktoś go zdradził, czekała go kara. Zwykle prosta, odcięta głowa, wyrwane z piersi serce. Sposobów na śmierć i ból było wiele. Gorzej z wybaczaniem.
Rachel Crow była inna. Wiedział to od samego początku, od kiedy tylko spojrzał w te iskrzące złością oczy koloru gorzkiej czekolady.

*Paryż, 1965 rok *
Razem ze swoim rodzeństwem, Rebeką, Elijah’em, Kolem i oczywiście zasztyletowanym Finnem, Niklaus Mikaelson postanowił przypomnieć sobie dawne czasy i z braku zajęcia odwiedził miasto, w którym niegdyś spędzał całe lata na zabawie.
Sporo się tu pozmieniało... Pomyślał przechadzając się po ulicach Paryża. W pewnej chwili przystanął przyglądając się pewnej konstrukcji. Składała się z splecionych ze sobą metalowych drutów, wysoka na około 320 metrów. Nic dziwnego, w końcu minęło ponad 70 lat od jego ostatniej wizyty. Westchnął i udał się dalej. Niedaleko miejsca, w którym dopiero co się znajdował, została otwarta nowa restauracja – Vin de Paris. Postanowił wstąpić, czemu nie.
Z pozoru mała, w środku zaś bardzo elegancka restauracja przyciągała do siebie całkiem sporą liczbę ludzi. Zajął miejsce z widokiem na wieżę, która gdy wyjeżdżał była dopiero co zalążkiem tej dostojnej konstrukcji.
Po chwili namysłu wybrał Chateau Lafite, znane i lubiane, rocznik 1899 oraz pieczeń z sosem żurawinowym, może być dobra.
Postanowił nie marnować czasu. Chociaż chodził po świecie tak długo, to nie lubił nic nie robienia. Ze swojej aktówki wyjął parę kartek papieru i mały węgielek. Najpierw uwiecznił wieżę, a że czas dłużył mu się jak nigdy poszukał inspiracji w otoczeniu. Dyskretnie rozejrzał się po sali. W kącie siedziała pewna starsza pani z młodym mężczyzną, pewnie z synem. W jej oczach widoczna była miłość do swego dziecka. Czule pogłaskała młodzieńca po twarzy, ten za to nie wydawał się wcale wzruszony. Z obojętny wręcz wyrazem twarzy, patrząc się w przestrzeń zaciągnął się papierosem i wypuścił przed siebie dym.
W międzyczasie podano mu wino, które teraz popijał obserwując otoczenie. Zastanawiał się jak wyglądało by jego życie, gdyby miał kochających rodziców. Ojciec poświęcałby mu czas, uczył walki na miecze, za to matka stałaby z założonymi rękami w progu domu, przypatrując się im z uśmiechem na twarzy. Ale życie nie jest tak kolorowe, jakby się chciało.
Z zadumy wyrwał go kelner, który wreszcie (po karygodnym opóźnieniu) przyniósł zamówione danie.
Pieczeń była przepyszna. Bardzo przypominała Klausowi czasy, gdy jeszcze odwiedzał w Paryżu swojego „przyjaciela” Ludwika XIV. Jadał wtedy podobne rzeczy, ale ta pieczeń lepiej mu smakowała. Pewnie dlatego, że obecnie wszelkiego rodzaju przyprawy są łatwiej dostępne.
Po skończonym posiłku postanowiła wrócić do swojego nowego domu, posiadłości, którą ostatnio zakupił. Była ogromna i luksusowa, w skrócie taka z rodzaju tych, jakich Klaus lubił najbardziej. Zastał tam jedną, wielką imprezę, której pomysłodawcą był nie kto inny jak jego młodszy brat Kol.
Tłum ludzi bawiło się w ich domu, przy muzyce Elvisa Presleya. Nigdzie nie mógł znaleźć Elijaha, za to Rebekah, jak i Kol bawili się przednio.
Pierwotny podszedł do swojego młodszego brata i z wyrzutem w głosie, powiedział:
- Witaj bracie, widzę, że Francja bardzo ci się spodobała. Co oczywiście nie znaczy, że możesz urządzać imprezy w MOIM domu, bez MOJEJ wiedzy.
Zwykle Klausa nie złościły takie rzeczy, ale dzisiaj nie miał ochoty na żadną imprezę, wolał po prostu posiedzieć w ciszy, przy dobrym trunku i książce.
W odpowiedzi Kol beztrosko zaśmiał się i obejmując swego brata ramieniem poprowadził go przez salon.
- Francja to piękny kraj, ale jeszcze bardziej podobają mi się tutejsze kobiety. Och, bracie takie życie – wskazał ręką panujący dookoła nich gmach – o wiele bardziej mi się podoba niż to w trumnie ze sztyletem w sercu.
W chwili, gdy Klaus miał odpowiedzieć na tę prowokacje, Kol przerwał mu uspokajająco gestykulując.
- Spokojnie, nie o to mi chodziło. Po prostu doceniam zalety życia i staram się z niego korzystać. A propos, mam dla ciebie mały prezent.
Uśmiechnął się tajemniczo, co wprowadziło ziarno niepokoju do umysłu Klausa. Czego mógł się spodziewać?
- Chodź za mną – powiedział i udał się w stronę wyjścia, Klaus czujnie podążył za nim.
Wyszli przed dom, a ich oczom ukazał się piękny, czarny samochód. Wyglądał luksusowo i za razem drapieżnie, aż prosił się o jazdę.
- Ford mustang Shelby gt500 Eleanor, sprowadzony z Ameryki, specjalnie dla ciebie, mój drogi bracie.
Klaus podszedł do auta, dotknął ręką maski. Wspaniały pomyślał. Zaczął się zastanawiać ile mu zajmie przyśpieszenie do 100km. Jego gdybanie uprzedził Kol, wręczając pierwotnemu kluczyki i rzucając na odchodne:
- Zajmuje mu tylko 6,7 sekundy żeby dojść do setki – machnął mu ręką na pożegnanie – Miłej zabawy, Klaus!
Wampir długo się nie zastanawiał, od razu wsiadł do auta i popędził przed siebie.
W bardzo krótkim czasie osiągnął pożądaną prędkość i teraz tylko mknął przed siebie, bocznymi drogami miasta. Czuł się szczęśliwy. Niesamowite, niby taka błahostka, a potrafi człowiekowi poprawić humor.
Następnego dnia rano Klaus wstał wypoczęty i zadowolony, irytował go tylko narastający głód. W celu pozbycia się problemu, szybko ubrał się i zszedł na dół. W kuchni spotkał popijających kawę Elijaha i Rebekę. Nigdzie za to nie widział Kola.
- Dzień dobry, Nik – Rebekah posłała bratu promienny uśmiech.
Przywitał się z rodzeństwem i zajrzał do lodówki, nigdzie nie widać było zapasu, który ostatnio przygotował.
- Gdzie krew?
- Zapewne płynie sobie spokojnie w tętnicy jakiejś pięknej niewiasty i tylko czeka żeby ktoś wyssał ją do cna– do kuchni wszedł Kol, chusteczką obcierając sobie usta z kropel krwi, które tam pozostały.
- Widzę, że śniadanie masz już za sobą.
- Mam nadzieję, że skutecznie zacierasz za sobą ślady – Elijah zmroził Kola spojrzeniem – Nie tak jak ostatnim razem.
- Jakim ostatnim razem? Czy nikt nie raczył mnie powiadomić?
Głód krwi pomieszany ze złością tworzył mieszankę wybuchową w sercu pierwotnego.
Kol westchnął.
- To naprawdę nie było nic takiego, poniósł mnie moment.
- Lepiej zacznij się tłumaczyć – zagroził mu wampir.
- Nik, nic takiego się nie stało.
- Wymordował całą wioskę ludzi, pod Paryżem - powiedziała beznamiętnie Rebekah i dokończyła czytać gazetę.
Klaus wpadł w szał. W mgnieniu oka dopadł do najmłodszego brata i szarpnął go za kurtkę, trzymając ją w żelaznym chwycie.
- Czy ty zwariowałeś, idioto? Jeśli Mikael się dowie…
- Nie dowie się, zadbałem o to.
Elijah prychnął.
- Ty o to zadbałeś? Gdyby nie ja…
- Okej, okej. Ale przecież najważniejsze, że wszystko się dobrze skończyło, tak?
Klaus puścił go, ze wściekłości zacisnął usta w wąską kreskę.
- Czyli wieści się nie rozniosły? – zwrócił się do Elijaha, bo na tego kretyna już nie mógł patrzeć.
- Pozbyłem się ciał, zatarłem ślady, ale ludzie i tak będą gadać. W końcu trudno wytłumaczyć zniknięcie wszystkich ludzi z wioski.
Myśli Pierwotnego gnały jak szalone.
- Myślisz, że to wystarczy żeby Mikael nas znalazł?
Rebekach wstała od stołu.
- Nie wiem, ale myślę, że powinniśmy uważać na to co robimy – po raz ostatni zmierzył brata ostrym spojrzeniem i wyszedł się przewietrzyć, a właściwie znaleźć pożywienie.
Była dopiero ósma, ludzie szli do pracy, a Klaus przechadzał się ulicami miasta wypatrując swojej ofiary. Spojrzał na drugą stronę ulicy, niespodziewanie zobaczył tam faceta, którego dzień wcześniej spotkał w restauracji. Przez myśl mu przeszło żeby akurat jego wybrać na swoje śniadanie, ale coś go tknęło i przypomniał sobie pełne miłości spojrzenie staruszki kierowane na tego oto syna marnotrawnego, obojętnego na życie.
Przeszedł na drugą stronę ulicy nie zawracając sobie głowy szukaniem pasów, i tak nic go nie mogło zabić, więc co to za różnica.
Podszedł do młodego mężczyzny, który właśnie był zajęty strzepywaniem popiołu z końcówki papierosa.
Klaus stanął przed nim, bacznie się mu przyglądając, do czasu aż on sam przeniósł swoją uwagę na niego.
- Słucham? Potrzebuje pan pomocy? Bo jestem trochę zajęty.
- Zapewne - pierwotny uśmiechnął się pod nosem - Gdzie pracujesz?
Użył swojego uroku, dla uzyskania odpowiedzi, ale też dlatego, że to lubił. Dzięki temu mógł zmusić ludzi i wampiry żeby robiły to co chciał.
- Już nigdzie – zaciągnął się papierosem – Pracowałem w księgowości, ale wylali mnie 3 miesiące temu.
- Z czego się utrzymujesz?
- Z pieniędzy matki – pierwotny pokiwał głową pozwalając mu kontynuować – Kiedy ojciec umarł zostawił jej niezłą kasę.
- Masz rodzeństwo?
- Kiedyś miałem brata, ale umarł jak był małym chłopcem.
Klaus odgonił złe wspomnienia. Nie chciał o tym myśleć.
- Kochasz kogoś…
- Patrick – przedstawił się.
- Tak, Patrick. Kochasz kogoś?
- Tak właściwie nie obchodzi mnie los innych, póki mnie jest dobrze.
Zamrugał zdezorientowany, widocznie mówi to wbrew woli.
- Wiesz co, Patrick powiem ci coś. W swoim nędznym życiu masz tylko jedną osobę, której na tobie zależy, a ty zamiast zająć się nią i spełnić swój obowiązek zajmujesz się tylko własnym tyłkiem. Więc powiem ci tak. Od teraz będziesz wspaniałym, troskliwym synem i dobrym człowiekiem. Znajdziesz pracę, zaopiekujesz się matką i przestaniesz być ciężarem dla społeczeństwa.
Postanowił już iść, ale na odchodne jeszcze rzucił:
- I rzucisz palenie, jasne?
- Jasne – powtórzył Patrick, obudzony dopiero co z transu zaczął przyglądać się trzymanemu w dłoni papierosowi, po czym rzucił go na ziemię i zdeptał.
Tak więc oto Klaus Mikaelson zrobił coś dobrego, ale oczywiście nie zamierza się nikomu do tego przyznać, bo uznali by to za słabość.
Postanowił wrócić do domu, poszuka pożywienia później.
Kiedy wrócił okazało się, że Kol chyba postanowił się zrehabilitować.
- Zatrudniłem pomoc domową. Mówiłeś, że nigdy nie sprzątam, no i postanowiłem coś z tym zrobić.
Widocznie uznał swój pomysł za genialny, gdyż rozpierała go radość. Jak dziecko… pomyślał pierwotny.
- Jeśli myślisz, że to choć trochę zmniejsza mój gniew na ciebie to się grubo mylisz.
- Spokojnie, Nik.
- Więc gdzie ona jest?
- Kto?
- No sprzątaczka!
- Aaa, Rachel! – zawołał – Jest całkiem ładniutka.
Po chwili do salonu weszła średniego wzrostu brunetka, ubrana w niebieski mundurek. Weszła nonszalanckim krokiem, patrzyła pewnie w oczy obu mężczyzn swoim koloru gorzkiej czekolady oczami. Wyglądała trochę jak bogini wojny i piękna w jednym. Energia, którą roztaczała była wręcz namacalna.
- Słucham?
- A nie mówiłem, że ładna.
Dziewczyna zacisnęła usta w wąską kreskę, powstrzymując się od komentarza.
Gdy mężczyźni nie odpowiadali powtórzyła pytanie.

- Tak właściwie jest jedna rzecz – odparł Klaus.





Moi kochani!
Przepraszam, że tyle mnie nie było. Przez brak weny i zwątpienie w to co robię straciłam zapał do pisania, ale teraz będę się starać. Jak wam się podoba opowiadanie ze strony Klausa? Myślałam żeby zrobić jeszcze parę takich wtrąceń. Co wy na to?

sobota, 20 lutego 2016

Rozdział 11

Adres Rachel napisany był na zaproszeniach, które dziś rano do domu przyniósł listonosz. O dziwo, było ich cztery. Dla Caroline i pierwotnego rodzeństwa. Skąd Rachel wiedziała gdzie są? Ach tak, pewnie użyła do tego magii – pomyślała dziewczyna.
Do jej domu pojechali osobno Klaus i Caroline, Fordem mężczyzny, a Rebekah i Elijah BMW, którym przyjechali. W trakcie jazdy, dziewczyna zapytała:
- Myślisz, że będzie chciała nam pomóc?
- Nie ma wyboru. Już wystarczająco dużo nabroiła, teraz musi to naprawić.
- Kiedy o niej wspomniałam, Rebekah i Elijah niezbyt dobrze zareagowali. W sumie mnie to nie dziwi, ale bardziej zastanawia mnie twoja reakcja, na to kiedy spotkaliśmy ją w restauracji. Nie wydawałeś się zły, bardziej bym powiedziała, że ucieszył cię jej widok.
Pierwotny na chwilę się zamyślił. W tym czasie ona poprawiła się na siedzeniu i włączyła radio bo jak dotąd panowała cisza. Leciała jakaś wesoła, popowa piosenka, ale szybko zmieniła stację. Jakoś nie miała humoru na tego rodzaju muzykę. Tym razem leciała spokojna piosenka, można by rzec, że smutna. Caroline nie zmieniała już stacji.
- Rachel była dla mnie jak siostra, ale tylko dla mnie. Rebekah i Elijah, owszem lubili ją, ale nic poza tym. Kol potraktował ją jak żywą zabawkę. Kiedy nasłała na naszą rodzinę łowców, byłem wściekły. Chciałem ją zabić za to, że nas zdradziła. Ale kiedy do niej przyszedłem, zastałem ją zapłakaną, leżącą na podłodze z nadgarstkami we krwi. Chciała odebrać sobie życie. Chociaż wcześniej planowałem ją zabić za zdradę, to kiedy to ujrzałem, uleczyłem ją.
Takiego zwrotu akcji dziewczyna się nie spodziewała. Była w szoku. Nie odezwała się, chciała żeby Klaus dokończył swoją opowieść.
- Przyrzekała, że chciała tylko zemścić się na Kolu, ale łowcy za pomocą magii wyciągnęli z niej wszystkie informacje o naszej rodzinie i postanowili działać.
- Jak to magią? W końcu taka potężna z niej czarownica. Nie mogła się obronić?
- Łowcy podczas przesłuchań stosują serum prawdy.
Caroline zaczęła się śmiać.
- Serum prawdy, serio? To wydaję się być takie nierealne, jak z filmu.
Klaus spojrzał na dziewczynę z ukosa, ale z jednym kącikiem ust w górze.
- Dokładnie tak jak wampiry, wilkołaki i wiedźmy. Caroline, chociaż mam ponad 1000 lat, to jest jeszcze wiele rzeczy, których nie widziałem. Świat potrafi zaskoczyć.
- Rozumiem – zmarszczyła brwi – Skoro tak, to jak powstało to serum?
- Dzięki bardzo potężnej magii. Starszyzna łowców stworzyła go w celu badania kandydatów na końcowym egzaminie.
- Co?
- Tak jak ci mówiłem. Łowcy to czarownicy, szkoleni od dziecka w specjalnych ośrodkach. Na koniec takiego szkolenia odbywa się egzamin sprawdzający ich umiejętności. Serum umożliwia im sprawdzenie kandydata na wylot. Poznanie jego najskrytszych tajemnic, pragnień i lęków. Jednym słowem penetrują umysł tak głęboko, że u niektórych pozostają ślady.
Chociaż teoretycznie powinna być przeciwko łowcom to i tak, wezbrał się w niej gniew.
- Tak nie można, to nieludzkie!
- Właśnie dlatego przebaczyłem Rachel i pomogłem jej uciec.
- Pomogłeś jej uciec?
- Nikomu o tym nie powiedziałem – spojrzał się jej w oczy, zrozumiała. Od teraz dzielili tę tajemnice razem.
Z powodu zawrotnej prędkości, z jaką hybryda prowadził samochód byli na miejscu przed czasem. Nie widać było jeszcze pozostałego rodzeństwa.
Pierwotny zgasił silnik. Tym razem Caroline dała sobie radę z rozpięciem pasów. Odwróciła się na siedzeniu w stronę mężczyzny.
- Czy przez ten cały czas utrzymywaliście kontakt?
- Spotkaliśmy się parę razy. Wciąż bałem się, że jest śledzona przez łowców, dlatego nasze spotkania były rzadkie i tajne, co znaczy, że moje rodzeństwo też o tym nie wiedziało.
Potajemne spotkania, jak romantycznie…
- Tak się tylko zastanawiam. Czy wy kiedyś? No wiesz… - poruszyła brwiami do góry.
Zmarszczył brwi, a dopiero wtedy kiedy zrozumiał o co jej chodziło wybuchnął śmiechem.
- Nie. Przecież ci mówiłem, że jest dla mnie jak siostra.
- No tak – podrapała się po głowie – Tak tylko chciałam się zapytać, z ciekawości.
- Z ciekawości? – uśmiechnął się ironicznie.
- Dokładnie – upierała się przy swoim, chociaż było jej trochę głupio.
Spojrzała w boczne lusterko. Reszta już nadjechała. Wysiedli z samochodu i udali się do domu, a raczej rezydencji Rachel.
Była ogromna. Piętrowa z białymi kolumnami. Ściany wyłożone były jasnym kamieniem, dach był szary. Białe okna i balustrady balkonów i tarasu wyglądały jednocześnie nowocześnie i ładnie.
Trawa, zielona i idealnie przystrzyżona. Oprócz niej był jeszcze kolorowy ogród obok domu i jezioro.
Weszli do środka, podczas gdy Caroline podziwiała architekturę i ogród. Ale nie po to tu przyszli. Chcieli żeby Rachel została ich szpiegiem.
Przeszli przez bramę, która zresztą była otwarta, tak jakby spodziewała się gości. Jak na taką rezydencję nigdzie nie było widać ochrony, ani strażników. Drzwi wejściowe również były otwarte, ale nie dla nich. Musieli czekać aż ktoś ich zaprosi.
Po chwili usłyszeli dobiegający z głębi domu kobiecy głos.
- Wejdźcie, już nalewam herbaty.
I faktycznie, gdy weszli do salonu, Rachel pochylona nad stolikiem nalewała herbatę do pięciu kubków.
Ubrana była w jasną sukienkę z długimi, luźnymi rękawami, usianą drobnymi, błyszczącymi cekinami odciętą w talii ciemno brązowym pasem i buty na koturnie. Ciemne fale luźno spływały na jej ramiona, a brązowe oczy miała obrysowane czarną kredką.
Gdy już skończyła stanęła naprzeciwko nich.
- Elijah, Rebekah miło mi was znowu widzieć. Minęło sporo czasu.
- Rachel – Elijah tylko skinął głową.
- Widzę, że porzuciłaś styl służącej – Rebekah zmierzyła wzrokiem i  uśmiechnęła się wrednie – Szkoda, bardziej ci pasował.
Rachel nie odpowiedział, tylko na moment zacisnęła usta w wąską linię, po czym zwróciła się do Klausa z uśmiechem.
- Niklaus, cieszę się, że przyszedłeś.
- Musimy porozmawiać, Rachel. Chyba domyślasz się czemu przyjechaliśmy, skoro czekałaś.
- Tak, tak. Proszę, usiądźcie – wskazała gościom kanapę.
Kiedy dziewczyna przechodziła obok czarownicy, ta dotknęła lekko jej ramienia. Zmarszczyła na ułamek sekundy brwi, po czym wróciła do normalnego stanu i powiedziała:
- Ciebie też miło widzieć, Caroline.
Wampirzyca nic nie odpowiedziała tylko skinęła głową. Nie ufała Rachel, pomimo iż wiedziała, że Klaus jej ufa. Po prostu miała wrażenie, że coś nie tak z tą dziewczyną.
Zajęli miejsca na kanapie i fotelach.
- A więc do rzeczy. Potrzebujemy twojej pomocy, Rachel – odezwał się Klaus.
Czarownica tylko pokiwała głową i popijała herbatę.
- Może więcej szczegółów?
- Alavler pracuje nad naszym unicestwieniem – odezwał się Elijah.
Swoją wypowiedzią przykuł uwagę czarownicy, która odłożyła herbatę, a na jej twarzy pojawił się wyraz skupienia.
Zaczęli swoją opowieść. Powiedzieli jej wszystko co o tej sprawie było im wiadomo.
- Czułam, że to coś dużego i jest związane z łowcami, ale nie myślałam, że aż tak - brunetka pokiwała głową w zamyśleniu.
- Dokładnie. Musisz nam pomóc. W końcu jesteś nam to winna, to ty ich na nas sprowadziłaś – widać było, że Rebekah wciąż chowa urazę.
Caroline wydawało się, że przez krótką chwilę zobaczyła na twarzy czarownicy, jakby wspomnienie bólu.
- Ale ja nie mam już żadnych dojść. Nie wiem czy mogę wam pomóc. Przecież oni nie przyjmą mnie do siebie z powrotem.
- Chyba nie masz wyboru – Klaus posłał jej poważne spojrzenie.
Wstała od stołu.
- Chyba powinniście już iść.
Rebekah również wstała. Powolnym krokiem podeszła do brunetki na swoich 10-cio centymetrowych obcasach.
- Sprawa jest prosta. Albo grzecznie nam pomożesz, albo do cholery skończysz gorzej niż łowcy, których na nas nasłałaś - uśmiechnęła się do niej, ale w jej uśmiechu nie było ani grama wesołości. Wbiła w nią poważny, wręcz wygłodniały wzrok. Tak jakby chciała pożreć ją żywcem.
Chociaż Rachel próbowała nie dać po sobie poznać, że się boi, to Caroline zauważyła, że jej serce, jak i oddech przyśpieszyły.
Teraz wstali już wszyscy.
- To nie są żarty, Rachel – Caroline zabrała głos – Sprawa jest poważna.
- Wiem, ale oni przecież nie przyjmą mnie do siebie z otwartymi ramionami.
- To będziesz musiała się postarać – powiedział Klaus twardo.

We wzroku czarownicy jakby coś się zmieniło. Było jej… przykro? Caroline nie umiała tego zinterpretować.

Translate